poniedziałek, 8 czerwca 2015

Rozdział 3

Usłyszałam chrząknięcie. Powoli otworzyłam zaspane oczy. Na skórze poczułam psią sierść. Ociągnęłam się i pozwoliłam oczom przyzwyczaić się do światła. Ziewnęłam.
Nade mną stał chłopak. Miał na sobie koszulkę obozu, ale nakrył ją czarną bluzą. Jego spodnie też były czarne, tak samo jak buty. Był bardzo blady, a jego włosy również były ciemne.
- Zaraz zacznie się śniadanie – odparł.
Był przystojny, mniej więcej mojego wzrostu, ale trochę wyższy. Nadal mi się przyglądał. Nagle oprzytomniałam. Wstałam i otrzepałam z siebie mieszankę trawy i sierści. Na pewno wyglądałam jak strach na wróble. Zrobiło mi się głupio. Tym bardziej, że znalazł mnie śpiącą na trawie obok wielkiego psa.
- Hmm… w takim razie dziękuję, że mnie obudziłeś… - wydukałam i poczułam, że policzki mi się czerwienią.
- Nie ma za co – odpowiedział.
Wielka suczka się poruszyła. Obudziła się, a jej oczy jarzyły się czerwienią. Rzuciła się na chłopaka, gdy go zobaczyła. Naparła na niego tak mocno, że upadł na trawnik. Najpierw myślałam, że go zaatakuje, ale zanim zdążyłam zareagować, zobaczyłam, że ma inne zamiary. Zaczęła go lizać, a on zasłaniał rękami.
- Pani O’Leary, przestań…
Nie wiedziałam co mam zrobić. Widocznie należała do niego. Miałam stać i czekać, czy może się oddalić? Wybrałam drugą opcję. Wycofałam się powoli i ruszyłam w stronę pawilonu na śniadanie. A więc psina nazywała się Pani O’Leary.
Weszłam do pawilonu. Było tam mnóstwo stołów. Na każdym z nich stała karteczka z numerem domku. Oczywiście usiadłam przy domku numer zero, gdzie było najwięcej obozowiczów i ledwie się zmieściłam. Na śniadanie była jajecznica. Nie wiem dlaczego, ale nie czułam się dobrze w tym domku. Może dlatego, że nie jestem zbytnio towarzyska? Lubię ludzi, ale gdy jest ich za dużo, to mnie przytłacza.
Jeszcze kilka razy powracałam myślami do tamtego chłopaka. Pierwszą miałam starożytną grekę, na której nauczyłam się podstawowych liter. Potem zbierałam truskawki przy muzyce z piszczałki Dona. Jak widać umiał grać, a nie tylko dmuchać tak jak ostatnio. Satyr jednak chyba nie miał ochoty zawierać ze mną przyjaźni. Próbowałam zagadywać go parę razy, ale chyba mu nie zależało, więc przestałam. Później miałam techniki atakowania potworów. Wzięłam sobie pierwszy lepszy miecz i uczyłam się jak się nim posługiwać. Wydawał mi się strasznie ciężki, ale jakoś dawałam sobie radę. Mitologia grecka minęła szybko i przyszedł czas na obiad. Wróciłam do pawilonu. Tym razem dostrzegłam również tego chłopaka w czarnym. Siedział przy stoliku domku numer trzynaście. Hmm… ciekawe kogo to domek. Nie było tam nikogo oprócz niego.
- Uwaga! – krzyknęła dziewczyna stojąca na samym środku pawilonu. Miała piękne azjatyckie rysy, idealną fryzurę złożoną z brązowych falowanych włosów i perfekcyjny makijaż. Nawet w tej pomarańczowej koszulce wyglądała super.
Tak w zasadzie to nawet nie wiedziałam w co sama jestem ubrana. Miałam moje ulubione spodnie w dziury i oczywiście koszulkę obozu. Ciekawe jak się tam znalazła… musiałam ją mieć, gdy się wczoraj obudziłam na hamaku… Poczułam wstyd. Ktoś musiał zdjąć moją i widział mnie na samym staniku. Mam nadzieję, że to była kobieta…
- Posłuchajcie mnie!
Gwar nieco ucichł, ale nadal słychać było rozmowy.
- Znów nam dasz jakieś rady modowe, Drew? – spytał jakiś chłopak ze stolika numer dziewięć. Wszyscy tam byli w roboczych ciuchach. Sądząc po numerku i wyglądzie zgaduję, że byli dziećmi Hefajstosa. Widziałam podobnych w kuźni.
- Zamknij się, brudasie! – wrzasnęła, a wszyscy ucichli. – Statek z obozu Jupiter przypłynął.
Zarzuciła włosami i ruszyła w stronę plaży.
Tak jak myślałam, prawie wszyscy wstali od stołu i ruszyli za nią, aby zobaczyć przybyszy. Ja również poszłam za tłumem.
- Hej – usłyszałam za sobą.
Zobaczyłam Laoise, która dzisiaj miała dwa długie warkocze.
- Cześć – odparłam. – Kto przyjechał? Co to obóz Jupiter?
Uśmiechnęła się do mnie.
- To inny obóz dla takich jak my, tylko, że rzymian. Wiesz, dzieci rzymskich wcieleń greckich bogów czy jakoś tak…
- Aha… A propos, czyją córką jesteś?
Laoise była specyficzną osobą. Można by powiedzieć, że na pierwszy rzut oka jest mroczna – te długie do kolan czarne włosy i ciemne oczy. Ale teraz wydawała mi się bardziej pogodną dziewczyną.
Spojrzała w niebo.
- Moim ojcem jest Astrajos. Wiesz, tytan gwiazd i w ogóle. Powróżyć Ci z ręki? – w jej głosie słychać było podniecenie.
Astrajos, tytan gwiazd. Ooo, ciekawie. Lubiłam patrzeć w niebo.
- Jeśli chcesz – podałam jej prawą rękę.
Zaczęła oglądać ją w dłuż i w szerz z zaangażowaniem.
- Hmm… chyba będziesz miała dosyć długie życie jak na herosa.
Jak na herosa? Czyli ile?
 Nagle się uśmiechnęła i patrzyła chwilę na moją dłoń.
- Co? – spytałam w końcu.
- Niedługo się zakochasz… - nagle spochmurniała. – Ale to nie będzie łatwe.
- Nieodwzajemniona miłość? – spytałam.
Zdarzyło mi się już. A tak mi się bynajmniej wydaje. Nic mu nie powiedziałam, ale gdyby mu na mnie zależało, to pisałby albo coś… Tak w zasadzie to jestem jeszcze zauroczona, tylko, że on mieszka daleko. Każdego dnia karcę się za to, że nie potrafię mu powiedzieć co czuję. Każdego dnia myślę, że mi przeszło, ale gdy się spotkamy to mam motylki w brzuchu. Jednak próbuję zapomnieć.
- Nie wiem…
- Jak to nie wiesz?
- Czasami linie są niejasne.
- Hmm… A co jeszcze potrafisz?
- Umiem jeszcze panować nad gwiazdami i wykorzystywać ich energię. Na razie się jeszcze uczę. Dopiero niedawno zostałam uznana.
Pokiwałam głową. Ciekawe kogo ja jestem córką i czy też będę miała takie fajne moce.
- Czy to Percy? – ktoś krzyknął z boku.
Spojrzałam na morze. Ku plaży płynęła para obozowiczów. Wyglądało to jakby siedzieli w morzu i przesuwali się do przodu.
- Tak, to on – odpowiedział ktoś. – I Annabeth.
Zdołałam dostrzec, że dziewczyna jest blondynką, a chłopak brunetem. Im bliżej byli, tym bardziej zdawało mi się, że coś poruszało się w wodzie pod nimi. Gdy byli kilkanaście metrów od wybrzeża, przed nimi wynurzyła się głowa konia. Ale miał tęczowe łuski. I ogon. To stworzenie było piękne… W końcu obozowicze dopłynęli do plaży, ten piękny koń odpłynął.
- Co to za stworzenie? – spytałam Lao.
- Hipokamp. Piękny, prawda?
Przytaknęłam.
Inni zaczęli gorąco witać przybyłych. Podawali sobie ręce, przytulali, cieszyli się na swój widok. Ja i Lao stałyśmy z boku.
- Kto to? – spytałam.
- Percy Jackson – odparła. – To legenda obozu. A blondynka to Annabeth Chase, jego dziewczyna. Znana tak jak on.
- A co takiego zrobili? – byłam ciekawa.
- Mają za sobą mnóstwo bitew. Dzięki nim ten świat jeszcze istnieje. Pokonali Kronosa.
Poszukałam go w głowie. Ach, to ojciec bogów, który je pożarł.
- A potem – kontynuowała Laoise – wraz z paroma innymi przyczynili się do pokonania Gai, która powstała.
Matka Ziemia powstała?
- Kiedy? – spytałam ze zdziwieniem.
- Dwa lata temu. Na całym świecie toczyła się ogromna bitwa. Gaję ostatecznie pokonał Leo Valdez. Poświęcił własne życie, ale potem się wskrzesił. Długa historia. Tam stoi – wskazała na niskiego Latynosa o kędzierzawych włosach. Był w roboczych ubraniach, cały od smaru. – Była ich siódemka. Percy, Annabeth, Leo, Jason Grace – wskazała na wysokiego blondyna – Piper McLean – i na stojącą obok niego dziewczynę z ciemną karnacją i piórkiem wpiętym w brązowe włosy – Frank Zhang i Hazel Levesque, którzy są w obozie Jupiter.
Przyjrzałam się jeszcze raz wszystkim.
- Percy, Annabeth – usłyszałam głęboki głos Chejrona – Witajcie ponownie w obozie. Co was tu sprowadza?
- Witaj Chejronie. Przyjechaliśmy, bo dzieje się coś złego. Poza tym miałem sen – powiedział po krótkiej przerwie.
Po tych słowach Chejron zaprowadził nowo przybyłych do Wielkiego Domu, a zebrani zaczęli wracać do swoich zajęć.
- O co chodzi z tymi snami? – spytałam Lao.
- Bo widzisz, sny dla herosów mają bardzo duże znaczenie. Przeważnie śnimy o tym co stanie się w przyszłości, pokazują co dzieje się w innych miejscach. Możesz zobaczyć w nich wrogów albo przyjaciół.
No tak. Zawsze uważałam, że moje sny są jakieś dziwne. Rzadko w ogóle śniłam. Zazwyczaj o przeszłości, czasami koszmary. Zrobiłam sobie nawet łapacz snów. Długo nad nim pracowałam, ale gdy go zawiesiłam, pamiętam więcej snów i nie mam prawie w ogóle koszmarów.
Gdy wszyscy się rozeszli, było już w pół do drugiej, więc zaczynaliśmy lekcje zapasów, które prowadziła Clarisse La Rue. Była naprawdę mocną córką Aresa. Miała brązowe włosy i piwne oczy. Całe jej ciało było mocno umięśnione i nawet najlepsi chłopcy nie dawali jej rady. O siedemnastej zawitał do nas czas wolny. Całe szczęście, że możemy odpocząć przed następnymi zajęciami. I tak pewnie jutro będę miała zakwasy…
Chciałam poszukać Laoise, ale z drugiej strony nie chciałam się jej narzucać. Wybrałam więc samotność. Stwierdziłam, że poszukam Pani O’Leary. Kocham psy, szczególnie takie milusie. Oczywiście miałam również nadzieję, że zobaczę tego chłopaka. Ale go nie spotkałam. Bawiłam się przez dłuższy czas z psem. Potem zobaczyłam jak Percy wychodzi z Wielkiego Domu. Za nim wyszła Annabeth.
Zaczęli się gorączkowo rozglądać po obozowiczach. Annabeth szturchnęła swojego chłopaka i wskazała kogoś w tłumie. Była to Laoise. Percy kiwnął i blondynka pobiegła w jej stronę. Chłopak dalej kogoś szukał. Nasz wzrok się spotkał. Percy zaczął biec w tą stronę. Odwróciłam wzrok i zaczęłam głaskać Panią O’Leary. Czyżby biegł do mnie?
Stanął przede mną i powiedział:
- Jestem Percy.
- Ayra – przedstawiłam się. – O co chodzi?
- Musisz jechać z nami na misję.

Zebraliśmy się wszyscy w Wielkim Domu. Oprócz mnie i Percy’ego była jeszcze Annabeth, Laoise, ta wredna dziewczyna Drew i chłopak, którego spotkałam przy Pani O’Leary. Gdy wszyscy już siedzieli, Percy zaczął mówić.
- Pewnie nie wiecie, ale na ziemi zaczynają dziać się różne dziwne rzeczy. Przez ostatni tydzień przemoc wśród ludzi znacznie wzrosła. Z resztą nie tylko u ludzi. U wszystkiego co żywe. Miałem sen, w którym byliśmy na misji. Znajdowaliśmy się w jakimś opustoszałym budynku. Było tam strasznie ciemno, ale skądś dochodziło światło. Byliśmy tam uwięzieni. Śmierdziało tam zgnilizną i było naprawdę nieprzyjemnie…
- Przejdź do rzeczy – przerwał mu Chejron.
- Potem miałem drugi sen. W tym mieście było mnóstwo kanałów, ale to nie była Wenecja. Przy płotach stało mnóstwo rowerów. Działy się tam straszne rzeczy. Śmiertelnicy bili się na ulicy, wrzucali się nawzajem do kanałów, okradali sklepy, a czasami nawet… zabijali się nawzajem. To był straszny widok. Wszędzie panował chaos. Ludzie zachowywali się jak drapieżne zwierzęta.
Wyobraziłam to sobie. Wzdrygnęłam się.
- Więc mamy to powstrzymać? – spytał ten mroczny chłopak.
- Tak – odparł Percy. – Ale nie wiem kto za tym stoi. Pewnie jakiś tytan, albo gigant. Sęk w tym, że mając te sny… - przerwał na chwilę. – Naprawdę się bałem. Nie bałem się o swoje życie. Bałem się, że zrobię krzywdę komuś z was – spojrzał po kolei na każdego.
- A kiedy wyruszamy?
Percy westchnął.
- Nie wiem, Nico, ale chyba jutro. Nie mam pojęcia ile czasu nam zostało. To piekło może zacząć się w każdej chwili.
- A czym pojedziemy? – te pytania przychodziły mu jak codzienność.
- Zmieścimy się w auto – odparł Percy. – Annabeth nie jedzie – spojrzał ze smutkiem na blondynkę. – Zbierajcie się. Szczegóły obgadamy jeszcze przy ognisku.


Każdy komentarz jest jak balsam dla mej artystycznej duszy. One naprawdę bardzo podnoszą na duchu i zachęcają do dalszego pisania :)