sobota, 23 maja 2015

Rozdział 2

Przetarłam zaspane oczy obolałą ręką. Jęknęłam. Całe ciało mnie bolało. Czułam się jakby przebiegło po mnie stado koni. Na dodatek podczas snu skaleczyłam sobie od środka policzek moim aparatem na zęby. Chciałam westchnąć, ale wydałam z siebie kolejny jęk. Dlaczego wszystko mnie tak boli?
Miałam dziwny sen. Można by powiedzieć, że był śmieszny. Najpierw jakaś wężowa kobieta mnie zaatakowała, potem żelazne ptaki i na koniec widziałam smoka. I ten niski chłopak, którego widziałam czasem w szkole, był kozłem.
Spróbowałam otworzyć oczy. Najpierw oślepiło mnie światło, ale potem stopniowo się do niego przyzwyczaiłam. Pierwsze na co zwróciłam uwagę to były rysujące się w oddali wzgórza. Potem zdałam sobie sprawę, że leżę na hamaku. Pod głową miałam poduszkę, a moje nogi przykrywał cienki koc. Hamak rozwieszony był między belką a hakiem wkręconym w ścianę jakiegoś domu. Chyba byłam na jego werandzie. Spróbowałam usiąść. Gdy postawiłam nogi na drewnianej podłodze i wciągnęłam świeże powietrze, poczułam zapach truskawek.
Spojrzałam na łąkę. Było tam pełno zagajników, dostrzegłam strumyk i oczywiście krzaczki truskawek. Znajdowałam się w dolinie, ponieważ dookoła wznosiły się łagodne pagórki. Jeden z nich był wyższy i na samym jego środku stało ogromne drzewo, które przewyższało inne.
Wstałam z hamaku i ku zaskoczeniu stwierdziłam, że już prawie nic mnie nie boli. Na stoliku stojącym obok w niskiej szklance stał jakiś napój. Hmm… wyglądał trochę jak miód.
Chwyciłam szklankę i skosztowałam go. Był to dla mnie szok. Spodziewałam się słodkiego miodu, a poczułam smak przepysznej kaszki mannej, którą mama robiła mi w dzieciństwie.
Poczułam ukłucie w sercu. Czy ja jestem adoptowana? A może mi się śniło… Myśl o tym, że to może być prawda sprawiła, że dostałam zawrotów głowy. Wypiłam kaszkę manną w płynie i usiadłam z powrotem na hamak.
Gdzie ja, do cholery, jestem?
Nagle usłyszałam stukanie kopyt o podłogę werandy. Najpierw pomyślałam o Donie. Ale potem sobie przypomniałam, że to chyba był sen.
Otworzyłam oczy. Zobaczyłam tors zwierzęcia. Jego mięśnie rysowały się pod skórą pokrytą sierścią. Potem dostrzegłam cztery nogi z guzowatymi kolanami i kopytami.
Koń, pomyślałam. Przede mną stał biały ogier.
Ale coś było nie tak. Przecież konie nie mają torsu. Spojrzałam w górę. Moim oczom ukazała się twarz mężczyzny w podeszłym wieku. Miał przerzedzone brązowe włosy i postrzępioną bródkę.
Patrzyłam z przerażeniem na pół-człowieka pół-konia.
- Witaj – jego głos był niski, ale przyjazny.
- Gdzie… gdzie jestem? – spytałam roztrzęsionym głosem.
Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.
- Jesteśmy w obozie herosów – odparł. – Jestem Chejron. Ty jesteś Ayrin Reevers, prawda?
Pokiwałam głową. Nadal nie wiedziałam czy mam mu ufać, czy nie.
- Kim Pan jest? – spytałam niepewnie. – A raczej czym?
- Jestem centaurem.
Zastanowiłam się, już kiedyś o tym słyszałam.
- Czy to nie jest czasem z mitologii? – przełknęłam ślinę.
- Oczywiście. Wiesz dużo o mitologii?
- Tak, kiedyś się tym interesowałam. Czy… czy Don żyje? – gdy patrzyłam na kopyta Chejrona, od razu przypomniał mi się biedny satyr, który tak dzielnie postawiał się żelaznym ptakom.
A więc to chyba nie był sen…
Centaur najpierw zmarszczył brwi, a potem na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
- Ach, ten satyr? Tak. Już nawet gra w siatkówkę z obozowiczami. Chodź, pokażę Ci obóz.
Odwrócił się i nie czekając na mnie, ruszył na drugą stronę budynku. Mam za nim pójść? Zaufać mu? Bałam się to zrobić, ale miałam tyle pytań… Ruszyłam więc za nim.
- Dlaczego tu jestem?
Dolina ciągnęła się aż do morza, które znajdowało się mniej więcej półtora kilometra od nas. To co zobaczyłam, wywarło na mnie wielkie wrażenie. Wszystkie budynki wzniesione tutaj, były zbudowane w starożytnym stylu. Były pawilony wsparte na kolumnach, odeon, arena. Najwięcej jednak było domków. Każdy był inny, a były ich dziesiątki, a może nawet setka. Dostrzegłam piaszczyste boisko, gdzie grupka nastolatków i satyrów bez spodenek grała w siatkówkę. Dostrzegłam wśród nich Dona. Kamień spadł mi z serca, gdy go zobaczyłam. Nie wyglądał najlepiej – był cały nakropiony strupami – ale chyba czuł się już dobrze. Ciekawe czy ja też mam tyle strupów… Spojrzałam na ręce. Tak, mam ich dużo, ale myślę, że są mniejsze, niż te, które ma Don.
Po małym jeziorku pływały kajaki. Niektórzy strzelali z łuku do celu, inni jeździli konno. A niektórzy latali na koniach… Wszyscy obozowicze mieli takie same koszulki. Były pomarańczowe i miały jakiś napis, ale nie miałam aż tak dobrego wzroku, aby przeczytać z daleka.
- Pewnie zauważyłaś, że jesteś inna, prawda? – spytał Chejron.
Kiwnęłam głową.
- Bo widzisz… bogowie greccy są prawdziwi – powiedział bez ogródek.
- Nieśmiertelni Olimpijczycy? – spytałam. – To też z mitologii?
- Jak najbardziej.
- Ale, co to znaczy, że są prawdziwi? – zmarszczyłam brwi.
Chejron stanął na werandzie i spojrzał w dal. Zrobiłam to samo.
- Zeus – odparł. – Posejdon, Hades… Oni wszyscy naprawdę istnieją.
- Ale jak to? Przecież to fikcja. Mity, jak sama nazwa wskazuje.
- Tak? A jak wytłumaczysz, że Don jest satyrem, ja centaurem, a po obozie latają pegazy? – spojrzał na latające konie ze skrzydłami.
Otworzyłam buzię, żeby coś powiedzieć, ale szybko ją zamknęłam. W zasadzie to miało sens. Te wszystkie potwory… Gdy kiedyś czytałam zbiór mitologii, wiedziałam, że to fikcja, ale moja dusza mówiła mi co innego. Teraz, gdy Chejron powiedział mi to prosto w oczy, świat wydawał mi się taki… prosty. Dotychczas czułam się, jakby brakowało mi czegoś. Teraz to dostałam.
- Niezależnie od tego – kontynuował centaur – czy ludzie w nich wierzą, czy nie, oni żyją dalej. Śmiertelnicy nie mają pojęcia jaka jest prawda…  - zamyślił się. - A wracając do twojego pytania: Przybyłaś tu dlatego, że jesteś dzieckiem jednego z bogów. Albo też tytanów. Ostatnio znajdujemy również takie dzieci.
Prawie zakrztusiłam się śliną. Jestem córką jakiegoś boga? Ale przecież ja mam oboje rodziców i nie sądzę, aby któryś z nich był bogiem. Poczułam ukłucie w sercu. Ach, no tak… adopcja…
- Skoro jestem dzieckiem boga – odparłam – to też jestem bogiem?
Chejron uśmiechnął się łagodnie.
- Niestety. Twój drugi rodzic jest śmiertelnikiem. Jesteś więc herosem.
- Herosem? Tak jak Herakles?
- Mniej więcej.
- A więc mam nadludzką siłę?
- Niekoniecznie. Odziedziczacie zdolności po boskim rodzicu.
- A więc… kto jest moim?
- Tego jeszcze nie wiemy. Musisz zostać przez niego uznana. Na razie trafisz do domku numer zero. Jest to domek zbudowany specjalnie dla tych półbogów, którzy nie zostali jeszcze uznani. Poproszę kogoś, aby oprowadził Cię po obozie. Muszę jeszcze coś załatwić.
Chejron spojrzał w tłum.
- Laoise? – krzyknął. – Podejdź tu!
Podbiegła do nas wysoka dziewczyna z czarnymi, bardzo długimi włosami. Miała je zaplecione w warkocz, który sięgał jej prawie do kolan. Miała pomarańczową koszulkę, na której widniał napis „OBÓZ HEROSÓW”. Mimo iż koszulka była zwykła, ona wyglądała kobieco.
- Tak, Chejronie? – spoglądała raz na niego, raz na mnie.
- Możesz oprowadzić Ayrin po obozie?
- Oczywiście – uśmiechnęła się. – Jestem Lao – podała mi rękę.
- Ayra – przedstawiłam się.
- Chodź za mną – chwyciła mnie za rękę i ruszyła w stronę boiska. – Obóz to fantastyczne miejsce. Na pewno Ci się tu spodoba.
Przechodząc obok boiska, zauważyłam, że Don się do mnie uśmiechnął i pomachał mi ręką, po czym wrócił do gry.
- Widzisz to drzewo na wzgórzu herosów? – spytała Laoise.
Wskazywała na ogromną sosnę, która wystawała o wiele metrów wyżej niż inne drzewa.
- Ta – odparłam.
- Siedzi na nim miedziany smok. Ma na imię Peleus i chroni obozu.
- Chroni go? – spytałam. – Gdy go zobaczyłam, nieźle się wystraszyłam.
Przypomniałam sobie jakie przerażenie mnie dopadło, gdy zdałam sobie sprawę, że to nie jest drzewo.
- A tam – wskazała w drugą stronę – widzisz odeon? Tam odbywają się różnego rodzaju zajęcia plastyczne.
Przeszłyśmy obok starożytnej budowli podobnej do antycznego teatru, tylko, że ta miała dach i była o wiele mniejsza.
Potem odwiedziłyśmy jezioro kajakowe i prawdziwy teatr. Dotarłyśmy do ogromnej ścianki wspinaczkowej, z której wylewała się lawa. Parę obozowiczów na niej ćwiczyło.
- To niebezpieczne… - odparłam.
- Jak trochę potrenujesz, to będzie dla ciebie pestka. Tam jest plaża sztucznych ogni – wskazała w stronę zatoki Long Island.
Pokiwałam głową i ruszyłyśmy dalej. Odwiedziłyśmy starożytny pawilon, w którym było pełno stolików. Nie miał jednak dachu. Lao powiedziała, że w obozie herosów potrafią panować nad pogodą, więc nie musimy się bać, że zmokną nam głowy w czasie deszczu.
Chciałam pójść w stronę tych dziesiątek domków, które stały mniej więcej na środku obozu, ale dziewczyna powiedziała, że to na koniec. Lao pociągnęła mnie w stronę północnego lasu. Był ogromny. Drzewa były tak wielkie i grube, że miałam wrażenie iż nikt tam nie chodzi.
- Lepiej nie zapuszczać się tam bez uzbrojenia.
- Yyy… jakiego uzbrojenia? – spytałam.
- Nie masz jeszcze tarczy i broni?
- Nie… a po co nam broń?
- Jak to po co? Na potwory.
No tak. Miała rację. Z bronią o wiele lepiej sobie poradzę.
Potem poszliśmy na arenę, na której obozowicze urządzali zawody i bitwy. Odwiedziliśmy jeszcze kuźnię, gdzie dzieci Hefajstosa pracowały ciężko nad nowymi gadżetami, pole truskawek i stajnię pegazów. Mogłam z bliska zobaczyć te piękne istoty. Ominęłyśmy zbrojownię.
- Broń sobie wybierzesz jutro, dobrze? Robi się późno. Zaprowadzę Cię teraz do domków.
Było ich pełno. Jedne były małe, inne większe. Każdy miał nad drzwiami mosiężną tabliczkę z numerem. Widziałam tam domki takie jak 59 czy 72. Największe domki stały w samym środku. Otaczały wielki plac, na środku którego było palenisko. Było ich dwanaście: każdy dla jednego Olimpijczyka. Były one ustawione w „U”. W przerwie pomiędzy nimi stał również duży domek numer zero. To tam miałam mieszkać. W porównaniu do innych, ten był nijaki. Nie miał nic szczególnego. Wyglądał jak prosty drewniany domek. Laoise weszła do środka razem ze mną. Aż roiło się tam od dziewczyn i chłopaków. Było tam mnóstwo łóżek i rzeczy, które należały do obozowiczów.
- A więc – powiedziała Lao – znajdź sobie łóżko i się rozgość. Zobaczymy się o dziewiątej przy ognisku.
I zostawiła mnie samą. Mieszkańcy domku numer zero w ogóle nie zwrócili na mnie uwagi. Znalazłam sobie wolne łóżko w samym rogu. Domek w środku był nijaki. Szare ściany, drewniana podłoga. Rząd łóżek z prawej strony zajmowały dziewczyny, a z lewej chłopcy. Gdzie niegdzie na ścianach wisiały jakieś plakaty znanych aktorów czy zespołów. Rozłożyłam się na nijakim łóżku i spoglądałam na nijaki sufit. Wystrój tu mają wspaniały… Spojrzałam na zegar wiszący na równoległej ścianie. Dopiero ósma. Jeszcze godzina…
Wstałam z łóżka. Zostawiłam tam swój sweter, aby nikt mi go nie zajął i wyszłam z domku. Na placu, parę metrów od ogniska stała tablica. Podeszłam do niej i zaczęłam czytać rozkład zajęć. Był tam układ od poniedziałku do piątku. Każdy dzień rozpoczynał się od śniadania i inspekcji domków od ósmej do dziewiątej. Potem do dziesiątej trzydzieści była starożytna greka. Ooo… te zajęcia mogą być ciekawe. Chciałabym się nauczyć greckiego. Większość zajęć była codziennie inna. O dwunastej każdego dnia mitologia grecka, potem obiad. O siedemnastej czas wolny, później kolacja i ostatnie na planie to śpiewy przy ognisku do dwudziestej drugiej.
Hmm… Jaki dziś dzień? Chyba środa. Jest dwudziesta, więc właśnie jestem w połowie turnieju łuczniczego. Ruszyłam na arenę. Była ona dokładnie taka sama, jak ta grecka, tylko o wiele mniejsza. Weszłam do środka i zobaczyłam jak kilkoro dzieciaków strzela z łuku do celu. Na początku do tarcz, a później do ruchomych manekinów. Po jakimś czasie znudziło mi się oglądanie tego.
Wybrałam się więc na przechadzkę. Chciałam się przejść do lasu, jednak zrezygnowałam. Było teraz za ciemno. Stałam tylko na skraju i wpatrywałam się w głąb. Nagle coś się poruszyło między drzewami, a ja zauważyłam czerwone ślepia spoglądające na mnie. Dostałam paraliżu. Nie mogłam się ruszyć, patrzyłam w nie jak zahipnotyzowana. A one były coraz bliżej. W ciemności dostrzegłam sylwetkę. To był ogromny…
Pies.
A ściślej mówiąc wielki ogar. Miał trzy metry, albo więcej. Jego sierść była czarna jak smoła. Wyszedł z lasu i stanął naprzeciwko mnie.
Pies. Uciekać czy nie? Gdyby był zły, nie dostałby się do obozu, prawda? Poza tym chyba merdał ogonem. Zaryzykowałam i wyciągnęłam do niego rękę. Nie cofnął się, ani nie warczał. To dobry znak. Zdołałam delikatnie dotknąć jego zimnego noska, a on już trącił mnie głową. Och, przepraszam, to była ona. Schyliła głowę, żebym mogła ją pogłaskać. Po chwili zabawy położyła się na ziemi. Była śpiąca. Zwinęła się w kłąbek. Nie miałam pojęcia która to godzina. Usiadłam na ziemi i oparłam się o jej ciepłe cielsko. Jeszcze tylko poczekam, aż zaśnie, a potem pójdę na ognisko…

1 komentarz: