sobota, 16 maja 2015

Rozdział 1

Dzwonek wybawił mnie od odpowiedzi. Och, jakie szczęście. Chemia to chyba najtrudniejszy przedmiot na świecie. A trzecia gimnazjum wcale nie jest taka łatwa.
 Spakowałam szybko książki i wyszłam z klasy na przerwę. Dziś był upalny dzień. Promienie słońca muskały moją skórę. Uwielbiam, gdy jest ciepło… Wtedy wiem, że żyję. Kocham dzień. W nocy jestem strasznie ospała i wcześnie chodzę spać.
Usiadłam sobie na małej ławeczce na dziedzińcu szkoły. Wyciągnęłam z plecaka pudełko z kanapkami. Siedziałam sama. Zjadłam w spokoju lunch i akurat zdążyłam wejść do szkoły, gdy rozbrzmiał dzwonek zwiastujący początek kolejnej lekcji. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę klasy. Właśnie skręcałam w prawo, gdy nagle na kogoś wpadłam. Upuściłam wszystkie książki, które trzymałam w ręce i wywróciłam się.
Krzyknęłam cicho i odskoczyłam. Tam gdzie powinny znajdować się nogi były dwa ogromne ogony węży. Były całe zielone i pokryte łuskami. Ogony zamigotały i w ich miejsce pojawiły się zwykłe nogi. Co to było?! Spojrzałam w górę, a moim oczom ukazała się smukła kobieta.
- Och, przepraszam – powiedziała i wyciągnęła do mnie rękę, aby pomóc mi wstać.
Jeszcze raz spojrzałam na jej nogi. Nic nadzwyczajnego – miała ciemne rajstopy i czarne szpilki. Nie podałam jej ręki. Pozbierałam tylko książki i wstałam o własnych siłach. Musiało mi się przewidzieć.
- Nic się nie stało – odparłam.
Kobieta miała długie czarne włosy. Moją uwagę przyciągnęły jej oczy. Były piwne, ale miałam wrażenie, że pod nimi kryje się inny kolor. Miałam rację. Mrugnęła, a jej oczy zamieniły kolor na żółty, poza tym źrenice miała jak u węża. Cofnęłam się o krok z przerażenia.
- Coś nie tak? – uśmiechnęła się lekko.
- N-nie, wszystko w porządku.
Przełknęłam ślinę. Coś jest ze mną nie tak. Odwróciłam się na pięcie i pognałam w kierunku klasy. Przed wejściem napotkałam wzrok niskiego chłopaka. Miał na głowie czerwoną czapkę z daszkiem. Gdy przeszłam obok, wciągnął mocno powietrze. Zmarszczył krzaczaste brwi i obserwował jak wchodzę do klasy.
Usiadłam w ostatniej ławce obok pulchnego kujona. Westchnęłam. To co widziałam, to musiały być zwidy… bo co innego? Dopiero teraz zauważyłam jak drżą mi ręce. Schowałam je pod ławką.
Nie, to nie mogły być zwidy. Wiem, co widziałam. Ale to było niemożliwe. Zaraz zacznie mnie od tego boleć głowa…
Reszta lekcji minęła jak batem strzelił. W ogóle nie uważałam na lekcjach. Cały czas miałam przed oczami te obślizgłe, łuskowate nogi. I te wężowe oczy. Jak wrócę to domu to od razu siadam przed komputer i będę szukać tego stwora, dopóki nie dowiem się co to było. Pewnie nie będę mogła zasnąć w nocy.
Gdy lekcje się zakończyły, poszłam szybkim krokiem do domu. Właśnie wychodziłam poza teren szkoły, gdy nagle usłyszałam:
- Wiedziałam, że tu Cię znajdę.
Odwróciłam się. Moim oczom ukazała się wężowa kobieta. Przełknęłam ślinę. Ona całą skórę miała zieloną. Poczułam jak gorąca fala przerażenia uderza w moją klatkę piersiową. To już się kiedyś zdarzyło. Już kiedyś widziałam równie dziwnego potwora. Powiedziałam o tym rodzicom, ale odparli, że na pewno mi się zdawało. A teraz mam szesnaście lat i jestem pewna, że mi się nie zdawało. Jestem tego pewna. Widziałam ją, tak jak teraz widzę tego potwora.
- Śmierdzi półbogiem z daleka – potwór wyszczerzył kły.
Warknął i rzucił się do przodu. Krzyknęłam i skuliłam się na chodniku. Wiem, głupie zagranie. Można by powiedzieć, że czekałam na śmierć, ale nic innego nie przyszło mi do głowy. W moich oczach pojawiły się łzy. Czekałam, aż do mnie dobiegnie. Ale nic się nie stało. Otworzyłam oczy i spojrzałam w miejsce, gdzie przed chwilą stała wężowa kobieta. Stał tam teraz ten niski chłopak z czerwoną czapką, który wcześniej mi się przyglądał. Trzymał w ręce sztylet. W powietrzu unosiło się coś na wzór popiołu.
- Chodź – powiedział i wyciągnął rękę.
Coś w jego brązowych oczach mówiło mi, że mam mu zaufać. Ale ja nie jestem łatwowierna. Wstałam sama. Cała drżałam.
- Co to, do cholery, było? – spytałam ze łzami w oczach. Jeszcze nigdy aż tak się nie bałam. No, może na Rollercosterze.
- To była Drakajna Scytylijska.
- Co?
- Nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia. Musimy iść, zaraz będzie tu więcej potworów – chwycił mnie za nadgarstek i popędził w stronę mojego domu. Jego ręka była ciepła.
Zaraz, zaraz. Skąd wiedział, gdzie mieszkam?
Zatrzymałam się.
- Kim jesteś?
Mój głos drżał. Moja twarz była cała mokra od łez i zapewne smarków. Podciągnęłam nosem. Pięknie…
Odwrócił się i spojrzał mi w oczy. Musiał zadrzeć głowę do góry, bo byłam wyższa.
- Jestem twoim opiekunem. Jeśli trzeba będzie to za ciebie zginę. A uwierz mi, dzisiaj nie mam ochoty umierać. Musimy iść – znów pociągnął mnie za rękę i teraz biegliśmy szybciej.
Bez obrazy, ale jego niski wzrost nie zrobił na mnie wrażenia. Gdyby nie zaszedł tego potwora od tyłu, wątpię by sobie z nim poradził. Ale jednak uratował mi życie…
- Stary, ja cię nie znam – odparłam. – A ty chcesz za mnie… ginąć? – byłam już zdyszana, przebiegliśmy spory kawałek.
Dopiero teraz zauważyłam, jak dziwnie biegł ten chłopak. Nogi miał schowane w luźnych dresowych spodniach, ale stawiał je tak dziwnie, że nie miałam wątpliwości, że coś z nimi nie tak. Może był chory…
- Co jest z twoimi nogami? – wiem, że to może było niegrzeczne, ale ciekawość mnie zżerała.
- Jestem satyrem – odparł – to normalne.
- Czym? – spytałam ogłupiała.
- Później ci wyjaśnię.
Dobiegliśmy do mojego domu. Pędziliśmy niczym burza przez mój ogród. Gdy dobiegliśmy do drzwi chłopak chyba z dziesięć razy nacisnął dzwonek.
- Rodzice są w domu? – spytał.
- Taty nie ma – odparłam. – Jest w pracy. A mama jest architektem krajobrazu. Pracuje w domu.
Nacisnął dzwonek jeszcze raz.
Otworzyła mama.
- O, już je… - przerwała, gdy zobaczyła chłopaka. – Don? Co się stało?
- Znaleźli ją, Joanne – odpowiedział Don. – Musimy jechać.
Mama wskazała głową, że mamy wejść do środka. Na jej twarzy malowało się zmartwienie. Wysunęła głowę na dwór, rozejrzała się i dopiero wtedy zamknęła drzwi. Odgarnęła z twarzy brązowe włosy.
- Kochanie – spojrzała mi prosto w oczy. – Idź spakować potrzebne rzeczy. Musisz wyjechać na jakiś czas.
- Co? – spytałam piskliwym głosem. – Ale jest środek roku. Mamo, co się dzieje? Gdzie wyjechać?
Co? Miałam gdzieś jechać? Nie chcę. Chcę zostać tutaj. Z mamą i tatą.
- Do obozu. Don Ci później wszystko wyjaśni. A teraz idź się spakować. Tylko się pośpiesz.
- Ale…
- Idź. Muszę jeszcze zadzwonić do taty.
Wyszłam z holu i pobiegłam na pierwsze piętro do mojego pokoju. Po drodze otarłam łzy. Po paru minutach byłam spakowana. Zabrałam ze sobą najważniejsze ciuchy. Wcisnęłam do torby laptopa, czyste kartki i ołówki. Ostatnio interesowałam się rysowaniem. Nie byłam w tym najlepsza, ale to dawało mi radość. Przez cały czas leciały mi łzy i podciągałam nosem. Co się dzieje?
Już chciałam schodzić na dół, gdy usłyszałam:
- …nic nie wie?
- Nie, nie mówiliśmy jej.
- A o adopcji?
Mama nie odpowiedziała.
- O jakiej adopcji? – zapytałam z góry i zaczęłam schodzić na dół.
Gdy zeszłam na dół, mama nie mogła spojrzeć mi w oczy.
- Chcieliśmy Ci powiedzieć…
- Chcieliście, co powiedzieć? Jestem adoptowana?! – wybuchłam. – Dlaczego mi nie powiedzieliście?! A Zachary też?
Byłam adoptowana? Ale to niemożliwe. Przecież rodzice mają zdjęcie z moich narodzin, akt urodzenia, nawet obrączkę, którą miałam na sobie w szpitalu. Tak samo mój brat Zack.
- Kochanie, uspokój się – powiedziała spokojnie mama, teraz spojrzała mi w oczy. Otarła mi łzy z policzka. – Dobrze wiesz jak bardzo cię kochamy z tatą – przytuliła mnie.
- Mogliście mi powiedzieć… - głos mi się załamał. – A Zack?
Chciałam wiedzieć, czy mój młodszy brat jest… moim bratem. Dlaczego nie powiedzieli mi wcześniej? Oszukali mnie…
- Nie, on… on jest nasz.
- Joanne – powiedział Don – musimy jechać.
Mama odsunęła się ode mnie. Przełknęłam ślinę. Poczułam się jakby ktoś przeżuł moje uczucia, wypluł i na dodatek zdeptał. Ale przecież… to nie może być prawda. To tylko jakiś straszny sen. To musi być sen…
- Okłamaliście mnie… Mamo, co się dzieje?
- Nie bój się – odparła. – Wszystko będzie dobrze. Niedługo się zobaczymy.
- Ale…
- Zaufaj mi.

***

- Gdzie jesteśmy?
Właśnie się obudziłam. Przespałam połowę drogi. W aucie mamy było niewygodnie, ale z Toronto do Nowego Yorku jest osiem godzin jazdy.
- Dojeżdżamy na Long Island.
Kiwnęłam i przetarłam zaspane oczy.
Wtedy zobaczyłam coś bardzo, bardzo dziwnego.
Don prowadził auto – o tym wiedziałam. Miał nogi na pedałach – to też nie było dziwne. Tylko, że to nie były nogi.
- Ty masz kopyta! – krzyknęłam.
- Ta… musiałem zdjąć trampki. Tak mi się lepiej jeździ.
- Ale… ty… masz… kopyta… - mojego zdziwienia nie da się opisać.
- Mówiłem Ci, że jestem satyrem. Pół-człowiekiem, pół-kozłem. Zdejmij mi czapkę – rozkazał.
Zrobiłam o co poprosił.
Między kędzierzawymi włosami dostrzegłam dwa małe rogi.
Westchnęłam i oparłam się o siedzenie.
- Ja chyba śnię. Czy my jedziemy do Narnii?
Don zaczął się śmiać.
- Nie wymyślaj. Podaj mi tą puszkę coli – wskazał na czerwoną puszkę leżącą w otwartym schowku.
Wzięłam ją do ręki.
- Jest pusta.
- Wiem.
Podałam mu puszkę. A on ją ugryzł i zaczął jeść.
- Hej, potniesz sobie język, głupku! – krzyknęłam.
- Nie bój się. Puszki lubimy najbardziej. Albo świeżo skoszoną trawę… - rozmarzył się. – Beeee…
Po tych odgłosach stwierdzam, że naprawdę miał bardzo wiele wspólnego z kozą. On naprawdę był… Och, nie będę o tym myśleć. To chyba naprawdę jakiś sen…
Po jakimś czasie Don zjechał na pobocze.
- Dalej nie możemy jechać.
Wysiedliśmy z auta. Don wyciągnął z bagażnika moją torbę i poszliśmy do lasu. Oczywiście jak na złość zaczęło się zmierzchać. W lesie było dosyć wilgotno, ponieważ zmoczyłam moje czerwone trampki. Wciągnęłam świeże powietrze. Uwielbiam chodzić po lesie. Panuje tu taka cisza, taki błogi nastrój. Nie ma tu zanieczyszczeń. Sama natura.
- Nie podziękowałam Ci jeszcze za uratowanie życia – powiedziałam do Dona.
- Nie ma sprawy – odparł.
Coś poruszyło się na drzewie. Spojrzałam szybko w tamtą stronę jednak niczego nie dostrzegłam.
- Nie bój się – odparł Don. – To pewnie jakieś ptaki.
Szliśmy jeszcze przez kawałek, gdy znów coś usłyszałam. Tym razem zobaczyłam ptaki. Coś błysnęło między liśćmi. Oczywiście ptaki nie mogły być zwyczajne.
- D-Don? Czy te ptaki powinny mieć dzioby i skrzydła z żelaza?
Chłopak spojrzał w to samo miejsce co ja. Jeden ptak rozwinął skrzydła i zaskrzeczał.
- To ptaki stymfalijskie! – krzyknął Don. – Uciekaj, ja się nimi zajmę!
Ptak wzbił się w powietrze. Don wyciągnął z kieszeni bluzy małą fujarkę i zaczął w nią gorączkowo dmuchać. Z instrumentu wydobywały się okropne dźwięki.
- Co ty robisz?!
Ten głupek zaraz zginie!
Ale ptaki nie zaatakowały. Krążyły tylko wokół niego i skrzeczały straszliwie. Nagle jeden się odważył i dziabnął Dona w plecy. Satyr upuścił fujarkę i się wywalił. Zaczął krzyczeć i zakrywać głowę rękoma, podczas gdy cała chmara ptaków go zaatakowała. Bez zastanowienia wbiegłam w szarańczę i pobiegłam w stronę fujarki. Metalowe dzioby ptaków wbijały się w moją skórę, a ja mogę przysiąc, że wśród tego hałasu słyszałam: „pyszny heros”. Z trudem dobiegłam do fujarki i zaczęłam w nią dmuchać z całych sił. Ptaki przestały atakować mnie i Dona. Powoli zaczęły się oddalać, aż w końcu wszystkie zniknęły. Przestałam grać.
Dobiegłam do Dona. Żył jeszcze, ale był cały we krwi i nieprzytomny.
- Pomocy! – krzyknęłam, ale odpowiedziała mi głucha cisza.
Chwyciłam więc Dona pod pachy i zaczęłam ciągnąć go w stronę, w którą wcześniej zmierzaliśmy. Satyr był bardzo ciężki, więc po jakimś czasie musiałam się zatrzymać. Przysiadłam na małym kamieniu. Oddychałam głęboko. Nagle coś się poruszyło na pniu drzewa. No chyba nie… proszę, tylko nie to…
To nie były ptaki. Całe drzewo było z miedzi. Nie, nie drzewo. Coś co na nim siedziało. Znów się poruszyło i tym razem dostrzegłam kształt smoka. Zauważył nas. Krzyknęłam i chciałam podbiec do nieprzytomnego Dona, ale potknęłam się o gałązkę wystającą z ziemi. Upadłam, uderzyłam się w głowę i straciłam przytomność.

3 komentarze:

  1. Mega.
    Obserwuję, czytam i będę tu zaglądać, bo zapowiada się na jedną z ciekawszych historii w blogosferze (a przynajmniej w sferze polskich fanfików o PJ).
    Pozdrawiam i... hm, miłego poniedziałku!

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaczepiste *-*
    Wszystko jest super na 100%, tylko czegoś brakuje.. Więcej, ale to więcej opisów! Byle czego, przeżyć lub przedmiotów, byleby czegoś! :)
    A tak to naprawdę super blog. Czekam na więcej i oczywiście obserwuję! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na dalszą część ;)
    Uwielbiam Don'a ♥

    OdpowiedzUsuń