sobota, 23 maja 2015

Rozdział 2

Przetarłam zaspane oczy obolałą ręką. Jęknęłam. Całe ciało mnie bolało. Czułam się jakby przebiegło po mnie stado koni. Na dodatek podczas snu skaleczyłam sobie od środka policzek moim aparatem na zęby. Chciałam westchnąć, ale wydałam z siebie kolejny jęk. Dlaczego wszystko mnie tak boli?
Miałam dziwny sen. Można by powiedzieć, że był śmieszny. Najpierw jakaś wężowa kobieta mnie zaatakowała, potem żelazne ptaki i na koniec widziałam smoka. I ten niski chłopak, którego widziałam czasem w szkole, był kozłem.
Spróbowałam otworzyć oczy. Najpierw oślepiło mnie światło, ale potem stopniowo się do niego przyzwyczaiłam. Pierwsze na co zwróciłam uwagę to były rysujące się w oddali wzgórza. Potem zdałam sobie sprawę, że leżę na hamaku. Pod głową miałam poduszkę, a moje nogi przykrywał cienki koc. Hamak rozwieszony był między belką a hakiem wkręconym w ścianę jakiegoś domu. Chyba byłam na jego werandzie. Spróbowałam usiąść. Gdy postawiłam nogi na drewnianej podłodze i wciągnęłam świeże powietrze, poczułam zapach truskawek.
Spojrzałam na łąkę. Było tam pełno zagajników, dostrzegłam strumyk i oczywiście krzaczki truskawek. Znajdowałam się w dolinie, ponieważ dookoła wznosiły się łagodne pagórki. Jeden z nich był wyższy i na samym jego środku stało ogromne drzewo, które przewyższało inne.
Wstałam z hamaku i ku zaskoczeniu stwierdziłam, że już prawie nic mnie nie boli. Na stoliku stojącym obok w niskiej szklance stał jakiś napój. Hmm… wyglądał trochę jak miód.
Chwyciłam szklankę i skosztowałam go. Był to dla mnie szok. Spodziewałam się słodkiego miodu, a poczułam smak przepysznej kaszki mannej, którą mama robiła mi w dzieciństwie.
Poczułam ukłucie w sercu. Czy ja jestem adoptowana? A może mi się śniło… Myśl o tym, że to może być prawda sprawiła, że dostałam zawrotów głowy. Wypiłam kaszkę manną w płynie i usiadłam z powrotem na hamak.
Gdzie ja, do cholery, jestem?
Nagle usłyszałam stukanie kopyt o podłogę werandy. Najpierw pomyślałam o Donie. Ale potem sobie przypomniałam, że to chyba był sen.
Otworzyłam oczy. Zobaczyłam tors zwierzęcia. Jego mięśnie rysowały się pod skórą pokrytą sierścią. Potem dostrzegłam cztery nogi z guzowatymi kolanami i kopytami.
Koń, pomyślałam. Przede mną stał biały ogier.
Ale coś było nie tak. Przecież konie nie mają torsu. Spojrzałam w górę. Moim oczom ukazała się twarz mężczyzny w podeszłym wieku. Miał przerzedzone brązowe włosy i postrzępioną bródkę.
Patrzyłam z przerażeniem na pół-człowieka pół-konia.
- Witaj – jego głos był niski, ale przyjazny.
- Gdzie… gdzie jestem? – spytałam roztrzęsionym głosem.
Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie.
- Jesteśmy w obozie herosów – odparł. – Jestem Chejron. Ty jesteś Ayrin Reevers, prawda?
Pokiwałam głową. Nadal nie wiedziałam czy mam mu ufać, czy nie.
- Kim Pan jest? – spytałam niepewnie. – A raczej czym?
- Jestem centaurem.
Zastanowiłam się, już kiedyś o tym słyszałam.
- Czy to nie jest czasem z mitologii? – przełknęłam ślinę.
- Oczywiście. Wiesz dużo o mitologii?
- Tak, kiedyś się tym interesowałam. Czy… czy Don żyje? – gdy patrzyłam na kopyta Chejrona, od razu przypomniał mi się biedny satyr, który tak dzielnie postawiał się żelaznym ptakom.
A więc to chyba nie był sen…
Centaur najpierw zmarszczył brwi, a potem na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
- Ach, ten satyr? Tak. Już nawet gra w siatkówkę z obozowiczami. Chodź, pokażę Ci obóz.
Odwrócił się i nie czekając na mnie, ruszył na drugą stronę budynku. Mam za nim pójść? Zaufać mu? Bałam się to zrobić, ale miałam tyle pytań… Ruszyłam więc za nim.
- Dlaczego tu jestem?
Dolina ciągnęła się aż do morza, które znajdowało się mniej więcej półtora kilometra od nas. To co zobaczyłam, wywarło na mnie wielkie wrażenie. Wszystkie budynki wzniesione tutaj, były zbudowane w starożytnym stylu. Były pawilony wsparte na kolumnach, odeon, arena. Najwięcej jednak było domków. Każdy był inny, a były ich dziesiątki, a może nawet setka. Dostrzegłam piaszczyste boisko, gdzie grupka nastolatków i satyrów bez spodenek grała w siatkówkę. Dostrzegłam wśród nich Dona. Kamień spadł mi z serca, gdy go zobaczyłam. Nie wyglądał najlepiej – był cały nakropiony strupami – ale chyba czuł się już dobrze. Ciekawe czy ja też mam tyle strupów… Spojrzałam na ręce. Tak, mam ich dużo, ale myślę, że są mniejsze, niż te, które ma Don.
Po małym jeziorku pływały kajaki. Niektórzy strzelali z łuku do celu, inni jeździli konno. A niektórzy latali na koniach… Wszyscy obozowicze mieli takie same koszulki. Były pomarańczowe i miały jakiś napis, ale nie miałam aż tak dobrego wzroku, aby przeczytać z daleka.
- Pewnie zauważyłaś, że jesteś inna, prawda? – spytał Chejron.
Kiwnęłam głową.
- Bo widzisz… bogowie greccy są prawdziwi – powiedział bez ogródek.
- Nieśmiertelni Olimpijczycy? – spytałam. – To też z mitologii?
- Jak najbardziej.
- Ale, co to znaczy, że są prawdziwi? – zmarszczyłam brwi.
Chejron stanął na werandzie i spojrzał w dal. Zrobiłam to samo.
- Zeus – odparł. – Posejdon, Hades… Oni wszyscy naprawdę istnieją.
- Ale jak to? Przecież to fikcja. Mity, jak sama nazwa wskazuje.
- Tak? A jak wytłumaczysz, że Don jest satyrem, ja centaurem, a po obozie latają pegazy? – spojrzał na latające konie ze skrzydłami.
Otworzyłam buzię, żeby coś powiedzieć, ale szybko ją zamknęłam. W zasadzie to miało sens. Te wszystkie potwory… Gdy kiedyś czytałam zbiór mitologii, wiedziałam, że to fikcja, ale moja dusza mówiła mi co innego. Teraz, gdy Chejron powiedział mi to prosto w oczy, świat wydawał mi się taki… prosty. Dotychczas czułam się, jakby brakowało mi czegoś. Teraz to dostałam.
- Niezależnie od tego – kontynuował centaur – czy ludzie w nich wierzą, czy nie, oni żyją dalej. Śmiertelnicy nie mają pojęcia jaka jest prawda…  - zamyślił się. - A wracając do twojego pytania: Przybyłaś tu dlatego, że jesteś dzieckiem jednego z bogów. Albo też tytanów. Ostatnio znajdujemy również takie dzieci.
Prawie zakrztusiłam się śliną. Jestem córką jakiegoś boga? Ale przecież ja mam oboje rodziców i nie sądzę, aby któryś z nich był bogiem. Poczułam ukłucie w sercu. Ach, no tak… adopcja…
- Skoro jestem dzieckiem boga – odparłam – to też jestem bogiem?
Chejron uśmiechnął się łagodnie.
- Niestety. Twój drugi rodzic jest śmiertelnikiem. Jesteś więc herosem.
- Herosem? Tak jak Herakles?
- Mniej więcej.
- A więc mam nadludzką siłę?
- Niekoniecznie. Odziedziczacie zdolności po boskim rodzicu.
- A więc… kto jest moim?
- Tego jeszcze nie wiemy. Musisz zostać przez niego uznana. Na razie trafisz do domku numer zero. Jest to domek zbudowany specjalnie dla tych półbogów, którzy nie zostali jeszcze uznani. Poproszę kogoś, aby oprowadził Cię po obozie. Muszę jeszcze coś załatwić.
Chejron spojrzał w tłum.
- Laoise? – krzyknął. – Podejdź tu!
Podbiegła do nas wysoka dziewczyna z czarnymi, bardzo długimi włosami. Miała je zaplecione w warkocz, który sięgał jej prawie do kolan. Miała pomarańczową koszulkę, na której widniał napis „OBÓZ HEROSÓW”. Mimo iż koszulka była zwykła, ona wyglądała kobieco.
- Tak, Chejronie? – spoglądała raz na niego, raz na mnie.
- Możesz oprowadzić Ayrin po obozie?
- Oczywiście – uśmiechnęła się. – Jestem Lao – podała mi rękę.
- Ayra – przedstawiłam się.
- Chodź za mną – chwyciła mnie za rękę i ruszyła w stronę boiska. – Obóz to fantastyczne miejsce. Na pewno Ci się tu spodoba.
Przechodząc obok boiska, zauważyłam, że Don się do mnie uśmiechnął i pomachał mi ręką, po czym wrócił do gry.
- Widzisz to drzewo na wzgórzu herosów? – spytała Laoise.
Wskazywała na ogromną sosnę, która wystawała o wiele metrów wyżej niż inne drzewa.
- Ta – odparłam.
- Siedzi na nim miedziany smok. Ma na imię Peleus i chroni obozu.
- Chroni go? – spytałam. – Gdy go zobaczyłam, nieźle się wystraszyłam.
Przypomniałam sobie jakie przerażenie mnie dopadło, gdy zdałam sobie sprawę, że to nie jest drzewo.
- A tam – wskazała w drugą stronę – widzisz odeon? Tam odbywają się różnego rodzaju zajęcia plastyczne.
Przeszłyśmy obok starożytnej budowli podobnej do antycznego teatru, tylko, że ta miała dach i była o wiele mniejsza.
Potem odwiedziłyśmy jezioro kajakowe i prawdziwy teatr. Dotarłyśmy do ogromnej ścianki wspinaczkowej, z której wylewała się lawa. Parę obozowiczów na niej ćwiczyło.
- To niebezpieczne… - odparłam.
- Jak trochę potrenujesz, to będzie dla ciebie pestka. Tam jest plaża sztucznych ogni – wskazała w stronę zatoki Long Island.
Pokiwałam głową i ruszyłyśmy dalej. Odwiedziłyśmy starożytny pawilon, w którym było pełno stolików. Nie miał jednak dachu. Lao powiedziała, że w obozie herosów potrafią panować nad pogodą, więc nie musimy się bać, że zmokną nam głowy w czasie deszczu.
Chciałam pójść w stronę tych dziesiątek domków, które stały mniej więcej na środku obozu, ale dziewczyna powiedziała, że to na koniec. Lao pociągnęła mnie w stronę północnego lasu. Był ogromny. Drzewa były tak wielkie i grube, że miałam wrażenie iż nikt tam nie chodzi.
- Lepiej nie zapuszczać się tam bez uzbrojenia.
- Yyy… jakiego uzbrojenia? – spytałam.
- Nie masz jeszcze tarczy i broni?
- Nie… a po co nam broń?
- Jak to po co? Na potwory.
No tak. Miała rację. Z bronią o wiele lepiej sobie poradzę.
Potem poszliśmy na arenę, na której obozowicze urządzali zawody i bitwy. Odwiedziliśmy jeszcze kuźnię, gdzie dzieci Hefajstosa pracowały ciężko nad nowymi gadżetami, pole truskawek i stajnię pegazów. Mogłam z bliska zobaczyć te piękne istoty. Ominęłyśmy zbrojownię.
- Broń sobie wybierzesz jutro, dobrze? Robi się późno. Zaprowadzę Cię teraz do domków.
Było ich pełno. Jedne były małe, inne większe. Każdy miał nad drzwiami mosiężną tabliczkę z numerem. Widziałam tam domki takie jak 59 czy 72. Największe domki stały w samym środku. Otaczały wielki plac, na środku którego było palenisko. Było ich dwanaście: każdy dla jednego Olimpijczyka. Były one ustawione w „U”. W przerwie pomiędzy nimi stał również duży domek numer zero. To tam miałam mieszkać. W porównaniu do innych, ten był nijaki. Nie miał nic szczególnego. Wyglądał jak prosty drewniany domek. Laoise weszła do środka razem ze mną. Aż roiło się tam od dziewczyn i chłopaków. Było tam mnóstwo łóżek i rzeczy, które należały do obozowiczów.
- A więc – powiedziała Lao – znajdź sobie łóżko i się rozgość. Zobaczymy się o dziewiątej przy ognisku.
I zostawiła mnie samą. Mieszkańcy domku numer zero w ogóle nie zwrócili na mnie uwagi. Znalazłam sobie wolne łóżko w samym rogu. Domek w środku był nijaki. Szare ściany, drewniana podłoga. Rząd łóżek z prawej strony zajmowały dziewczyny, a z lewej chłopcy. Gdzie niegdzie na ścianach wisiały jakieś plakaty znanych aktorów czy zespołów. Rozłożyłam się na nijakim łóżku i spoglądałam na nijaki sufit. Wystrój tu mają wspaniały… Spojrzałam na zegar wiszący na równoległej ścianie. Dopiero ósma. Jeszcze godzina…
Wstałam z łóżka. Zostawiłam tam swój sweter, aby nikt mi go nie zajął i wyszłam z domku. Na placu, parę metrów od ogniska stała tablica. Podeszłam do niej i zaczęłam czytać rozkład zajęć. Był tam układ od poniedziałku do piątku. Każdy dzień rozpoczynał się od śniadania i inspekcji domków od ósmej do dziewiątej. Potem do dziesiątej trzydzieści była starożytna greka. Ooo… te zajęcia mogą być ciekawe. Chciałabym się nauczyć greckiego. Większość zajęć była codziennie inna. O dwunastej każdego dnia mitologia grecka, potem obiad. O siedemnastej czas wolny, później kolacja i ostatnie na planie to śpiewy przy ognisku do dwudziestej drugiej.
Hmm… Jaki dziś dzień? Chyba środa. Jest dwudziesta, więc właśnie jestem w połowie turnieju łuczniczego. Ruszyłam na arenę. Była ona dokładnie taka sama, jak ta grecka, tylko o wiele mniejsza. Weszłam do środka i zobaczyłam jak kilkoro dzieciaków strzela z łuku do celu. Na początku do tarcz, a później do ruchomych manekinów. Po jakimś czasie znudziło mi się oglądanie tego.
Wybrałam się więc na przechadzkę. Chciałam się przejść do lasu, jednak zrezygnowałam. Było teraz za ciemno. Stałam tylko na skraju i wpatrywałam się w głąb. Nagle coś się poruszyło między drzewami, a ja zauważyłam czerwone ślepia spoglądające na mnie. Dostałam paraliżu. Nie mogłam się ruszyć, patrzyłam w nie jak zahipnotyzowana. A one były coraz bliżej. W ciemności dostrzegłam sylwetkę. To był ogromny…
Pies.
A ściślej mówiąc wielki ogar. Miał trzy metry, albo więcej. Jego sierść była czarna jak smoła. Wyszedł z lasu i stanął naprzeciwko mnie.
Pies. Uciekać czy nie? Gdyby był zły, nie dostałby się do obozu, prawda? Poza tym chyba merdał ogonem. Zaryzykowałam i wyciągnęłam do niego rękę. Nie cofnął się, ani nie warczał. To dobry znak. Zdołałam delikatnie dotknąć jego zimnego noska, a on już trącił mnie głową. Och, przepraszam, to była ona. Schyliła głowę, żebym mogła ją pogłaskać. Po chwili zabawy położyła się na ziemi. Była śpiąca. Zwinęła się w kłąbek. Nie miałam pojęcia która to godzina. Usiadłam na ziemi i oparłam się o jej ciepłe cielsko. Jeszcze tylko poczekam, aż zaśnie, a potem pójdę na ognisko…

sobota, 16 maja 2015

Rozdział 1

Dzwonek wybawił mnie od odpowiedzi. Och, jakie szczęście. Chemia to chyba najtrudniejszy przedmiot na świecie. A trzecia gimnazjum wcale nie jest taka łatwa.
 Spakowałam szybko książki i wyszłam z klasy na przerwę. Dziś był upalny dzień. Promienie słońca muskały moją skórę. Uwielbiam, gdy jest ciepło… Wtedy wiem, że żyję. Kocham dzień. W nocy jestem strasznie ospała i wcześnie chodzę spać.
Usiadłam sobie na małej ławeczce na dziedzińcu szkoły. Wyciągnęłam z plecaka pudełko z kanapkami. Siedziałam sama. Zjadłam w spokoju lunch i akurat zdążyłam wejść do szkoły, gdy rozbrzmiał dzwonek zwiastujący początek kolejnej lekcji. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę klasy. Właśnie skręcałam w prawo, gdy nagle na kogoś wpadłam. Upuściłam wszystkie książki, które trzymałam w ręce i wywróciłam się.
Krzyknęłam cicho i odskoczyłam. Tam gdzie powinny znajdować się nogi były dwa ogromne ogony węży. Były całe zielone i pokryte łuskami. Ogony zamigotały i w ich miejsce pojawiły się zwykłe nogi. Co to było?! Spojrzałam w górę, a moim oczom ukazała się smukła kobieta.
- Och, przepraszam – powiedziała i wyciągnęła do mnie rękę, aby pomóc mi wstać.
Jeszcze raz spojrzałam na jej nogi. Nic nadzwyczajnego – miała ciemne rajstopy i czarne szpilki. Nie podałam jej ręki. Pozbierałam tylko książki i wstałam o własnych siłach. Musiało mi się przewidzieć.
- Nic się nie stało – odparłam.
Kobieta miała długie czarne włosy. Moją uwagę przyciągnęły jej oczy. Były piwne, ale miałam wrażenie, że pod nimi kryje się inny kolor. Miałam rację. Mrugnęła, a jej oczy zamieniły kolor na żółty, poza tym źrenice miała jak u węża. Cofnęłam się o krok z przerażenia.
- Coś nie tak? – uśmiechnęła się lekko.
- N-nie, wszystko w porządku.
Przełknęłam ślinę. Coś jest ze mną nie tak. Odwróciłam się na pięcie i pognałam w kierunku klasy. Przed wejściem napotkałam wzrok niskiego chłopaka. Miał na głowie czerwoną czapkę z daszkiem. Gdy przeszłam obok, wciągnął mocno powietrze. Zmarszczył krzaczaste brwi i obserwował jak wchodzę do klasy.
Usiadłam w ostatniej ławce obok pulchnego kujona. Westchnęłam. To co widziałam, to musiały być zwidy… bo co innego? Dopiero teraz zauważyłam jak drżą mi ręce. Schowałam je pod ławką.
Nie, to nie mogły być zwidy. Wiem, co widziałam. Ale to było niemożliwe. Zaraz zacznie mnie od tego boleć głowa…
Reszta lekcji minęła jak batem strzelił. W ogóle nie uważałam na lekcjach. Cały czas miałam przed oczami te obślizgłe, łuskowate nogi. I te wężowe oczy. Jak wrócę to domu to od razu siadam przed komputer i będę szukać tego stwora, dopóki nie dowiem się co to było. Pewnie nie będę mogła zasnąć w nocy.
Gdy lekcje się zakończyły, poszłam szybkim krokiem do domu. Właśnie wychodziłam poza teren szkoły, gdy nagle usłyszałam:
- Wiedziałam, że tu Cię znajdę.
Odwróciłam się. Moim oczom ukazała się wężowa kobieta. Przełknęłam ślinę. Ona całą skórę miała zieloną. Poczułam jak gorąca fala przerażenia uderza w moją klatkę piersiową. To już się kiedyś zdarzyło. Już kiedyś widziałam równie dziwnego potwora. Powiedziałam o tym rodzicom, ale odparli, że na pewno mi się zdawało. A teraz mam szesnaście lat i jestem pewna, że mi się nie zdawało. Jestem tego pewna. Widziałam ją, tak jak teraz widzę tego potwora.
- Śmierdzi półbogiem z daleka – potwór wyszczerzył kły.
Warknął i rzucił się do przodu. Krzyknęłam i skuliłam się na chodniku. Wiem, głupie zagranie. Można by powiedzieć, że czekałam na śmierć, ale nic innego nie przyszło mi do głowy. W moich oczach pojawiły się łzy. Czekałam, aż do mnie dobiegnie. Ale nic się nie stało. Otworzyłam oczy i spojrzałam w miejsce, gdzie przed chwilą stała wężowa kobieta. Stał tam teraz ten niski chłopak z czerwoną czapką, który wcześniej mi się przyglądał. Trzymał w ręce sztylet. W powietrzu unosiło się coś na wzór popiołu.
- Chodź – powiedział i wyciągnął rękę.
Coś w jego brązowych oczach mówiło mi, że mam mu zaufać. Ale ja nie jestem łatwowierna. Wstałam sama. Cała drżałam.
- Co to, do cholery, było? – spytałam ze łzami w oczach. Jeszcze nigdy aż tak się nie bałam. No, może na Rollercosterze.
- To była Drakajna Scytylijska.
- Co?
- Nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia. Musimy iść, zaraz będzie tu więcej potworów – chwycił mnie za nadgarstek i popędził w stronę mojego domu. Jego ręka była ciepła.
Zaraz, zaraz. Skąd wiedział, gdzie mieszkam?
Zatrzymałam się.
- Kim jesteś?
Mój głos drżał. Moja twarz była cała mokra od łez i zapewne smarków. Podciągnęłam nosem. Pięknie…
Odwrócił się i spojrzał mi w oczy. Musiał zadrzeć głowę do góry, bo byłam wyższa.
- Jestem twoim opiekunem. Jeśli trzeba będzie to za ciebie zginę. A uwierz mi, dzisiaj nie mam ochoty umierać. Musimy iść – znów pociągnął mnie za rękę i teraz biegliśmy szybciej.
Bez obrazy, ale jego niski wzrost nie zrobił na mnie wrażenia. Gdyby nie zaszedł tego potwora od tyłu, wątpię by sobie z nim poradził. Ale jednak uratował mi życie…
- Stary, ja cię nie znam – odparłam. – A ty chcesz za mnie… ginąć? – byłam już zdyszana, przebiegliśmy spory kawałek.
Dopiero teraz zauważyłam, jak dziwnie biegł ten chłopak. Nogi miał schowane w luźnych dresowych spodniach, ale stawiał je tak dziwnie, że nie miałam wątpliwości, że coś z nimi nie tak. Może był chory…
- Co jest z twoimi nogami? – wiem, że to może było niegrzeczne, ale ciekawość mnie zżerała.
- Jestem satyrem – odparł – to normalne.
- Czym? – spytałam ogłupiała.
- Później ci wyjaśnię.
Dobiegliśmy do mojego domu. Pędziliśmy niczym burza przez mój ogród. Gdy dobiegliśmy do drzwi chłopak chyba z dziesięć razy nacisnął dzwonek.
- Rodzice są w domu? – spytał.
- Taty nie ma – odparłam. – Jest w pracy. A mama jest architektem krajobrazu. Pracuje w domu.
Nacisnął dzwonek jeszcze raz.
Otworzyła mama.
- O, już je… - przerwała, gdy zobaczyła chłopaka. – Don? Co się stało?
- Znaleźli ją, Joanne – odpowiedział Don. – Musimy jechać.
Mama wskazała głową, że mamy wejść do środka. Na jej twarzy malowało się zmartwienie. Wysunęła głowę na dwór, rozejrzała się i dopiero wtedy zamknęła drzwi. Odgarnęła z twarzy brązowe włosy.
- Kochanie – spojrzała mi prosto w oczy. – Idź spakować potrzebne rzeczy. Musisz wyjechać na jakiś czas.
- Co? – spytałam piskliwym głosem. – Ale jest środek roku. Mamo, co się dzieje? Gdzie wyjechać?
Co? Miałam gdzieś jechać? Nie chcę. Chcę zostać tutaj. Z mamą i tatą.
- Do obozu. Don Ci później wszystko wyjaśni. A teraz idź się spakować. Tylko się pośpiesz.
- Ale…
- Idź. Muszę jeszcze zadzwonić do taty.
Wyszłam z holu i pobiegłam na pierwsze piętro do mojego pokoju. Po drodze otarłam łzy. Po paru minutach byłam spakowana. Zabrałam ze sobą najważniejsze ciuchy. Wcisnęłam do torby laptopa, czyste kartki i ołówki. Ostatnio interesowałam się rysowaniem. Nie byłam w tym najlepsza, ale to dawało mi radość. Przez cały czas leciały mi łzy i podciągałam nosem. Co się dzieje?
Już chciałam schodzić na dół, gdy usłyszałam:
- …nic nie wie?
- Nie, nie mówiliśmy jej.
- A o adopcji?
Mama nie odpowiedziała.
- O jakiej adopcji? – zapytałam z góry i zaczęłam schodzić na dół.
Gdy zeszłam na dół, mama nie mogła spojrzeć mi w oczy.
- Chcieliśmy Ci powiedzieć…
- Chcieliście, co powiedzieć? Jestem adoptowana?! – wybuchłam. – Dlaczego mi nie powiedzieliście?! A Zachary też?
Byłam adoptowana? Ale to niemożliwe. Przecież rodzice mają zdjęcie z moich narodzin, akt urodzenia, nawet obrączkę, którą miałam na sobie w szpitalu. Tak samo mój brat Zack.
- Kochanie, uspokój się – powiedziała spokojnie mama, teraz spojrzała mi w oczy. Otarła mi łzy z policzka. – Dobrze wiesz jak bardzo cię kochamy z tatą – przytuliła mnie.
- Mogliście mi powiedzieć… - głos mi się załamał. – A Zack?
Chciałam wiedzieć, czy mój młodszy brat jest… moim bratem. Dlaczego nie powiedzieli mi wcześniej? Oszukali mnie…
- Nie, on… on jest nasz.
- Joanne – powiedział Don – musimy jechać.
Mama odsunęła się ode mnie. Przełknęłam ślinę. Poczułam się jakby ktoś przeżuł moje uczucia, wypluł i na dodatek zdeptał. Ale przecież… to nie może być prawda. To tylko jakiś straszny sen. To musi być sen…
- Okłamaliście mnie… Mamo, co się dzieje?
- Nie bój się – odparła. – Wszystko będzie dobrze. Niedługo się zobaczymy.
- Ale…
- Zaufaj mi.

***

- Gdzie jesteśmy?
Właśnie się obudziłam. Przespałam połowę drogi. W aucie mamy było niewygodnie, ale z Toronto do Nowego Yorku jest osiem godzin jazdy.
- Dojeżdżamy na Long Island.
Kiwnęłam i przetarłam zaspane oczy.
Wtedy zobaczyłam coś bardzo, bardzo dziwnego.
Don prowadził auto – o tym wiedziałam. Miał nogi na pedałach – to też nie było dziwne. Tylko, że to nie były nogi.
- Ty masz kopyta! – krzyknęłam.
- Ta… musiałem zdjąć trampki. Tak mi się lepiej jeździ.
- Ale… ty… masz… kopyta… - mojego zdziwienia nie da się opisać.
- Mówiłem Ci, że jestem satyrem. Pół-człowiekiem, pół-kozłem. Zdejmij mi czapkę – rozkazał.
Zrobiłam o co poprosił.
Między kędzierzawymi włosami dostrzegłam dwa małe rogi.
Westchnęłam i oparłam się o siedzenie.
- Ja chyba śnię. Czy my jedziemy do Narnii?
Don zaczął się śmiać.
- Nie wymyślaj. Podaj mi tą puszkę coli – wskazał na czerwoną puszkę leżącą w otwartym schowku.
Wzięłam ją do ręki.
- Jest pusta.
- Wiem.
Podałam mu puszkę. A on ją ugryzł i zaczął jeść.
- Hej, potniesz sobie język, głupku! – krzyknęłam.
- Nie bój się. Puszki lubimy najbardziej. Albo świeżo skoszoną trawę… - rozmarzył się. – Beeee…
Po tych odgłosach stwierdzam, że naprawdę miał bardzo wiele wspólnego z kozą. On naprawdę był… Och, nie będę o tym myśleć. To chyba naprawdę jakiś sen…
Po jakimś czasie Don zjechał na pobocze.
- Dalej nie możemy jechać.
Wysiedliśmy z auta. Don wyciągnął z bagażnika moją torbę i poszliśmy do lasu. Oczywiście jak na złość zaczęło się zmierzchać. W lesie było dosyć wilgotno, ponieważ zmoczyłam moje czerwone trampki. Wciągnęłam świeże powietrze. Uwielbiam chodzić po lesie. Panuje tu taka cisza, taki błogi nastrój. Nie ma tu zanieczyszczeń. Sama natura.
- Nie podziękowałam Ci jeszcze za uratowanie życia – powiedziałam do Dona.
- Nie ma sprawy – odparł.
Coś poruszyło się na drzewie. Spojrzałam szybko w tamtą stronę jednak niczego nie dostrzegłam.
- Nie bój się – odparł Don. – To pewnie jakieś ptaki.
Szliśmy jeszcze przez kawałek, gdy znów coś usłyszałam. Tym razem zobaczyłam ptaki. Coś błysnęło między liśćmi. Oczywiście ptaki nie mogły być zwyczajne.
- D-Don? Czy te ptaki powinny mieć dzioby i skrzydła z żelaza?
Chłopak spojrzał w to samo miejsce co ja. Jeden ptak rozwinął skrzydła i zaskrzeczał.
- To ptaki stymfalijskie! – krzyknął Don. – Uciekaj, ja się nimi zajmę!
Ptak wzbił się w powietrze. Don wyciągnął z kieszeni bluzy małą fujarkę i zaczął w nią gorączkowo dmuchać. Z instrumentu wydobywały się okropne dźwięki.
- Co ty robisz?!
Ten głupek zaraz zginie!
Ale ptaki nie zaatakowały. Krążyły tylko wokół niego i skrzeczały straszliwie. Nagle jeden się odważył i dziabnął Dona w plecy. Satyr upuścił fujarkę i się wywalił. Zaczął krzyczeć i zakrywać głowę rękoma, podczas gdy cała chmara ptaków go zaatakowała. Bez zastanowienia wbiegłam w szarańczę i pobiegłam w stronę fujarki. Metalowe dzioby ptaków wbijały się w moją skórę, a ja mogę przysiąc, że wśród tego hałasu słyszałam: „pyszny heros”. Z trudem dobiegłam do fujarki i zaczęłam w nią dmuchać z całych sił. Ptaki przestały atakować mnie i Dona. Powoli zaczęły się oddalać, aż w końcu wszystkie zniknęły. Przestałam grać.
Dobiegłam do Dona. Żył jeszcze, ale był cały we krwi i nieprzytomny.
- Pomocy! – krzyknęłam, ale odpowiedziała mi głucha cisza.
Chwyciłam więc Dona pod pachy i zaczęłam ciągnąć go w stronę, w którą wcześniej zmierzaliśmy. Satyr był bardzo ciężki, więc po jakimś czasie musiałam się zatrzymać. Przysiadłam na małym kamieniu. Oddychałam głęboko. Nagle coś się poruszyło na pniu drzewa. No chyba nie… proszę, tylko nie to…
To nie były ptaki. Całe drzewo było z miedzi. Nie, nie drzewo. Coś co na nim siedziało. Znów się poruszyło i tym razem dostrzegłam kształt smoka. Zauważył nas. Krzyknęłam i chciałam podbiec do nieprzytomnego Dona, ale potknęłam się o gałązkę wystającą z ziemi. Upadłam, uderzyłam się w głowę i straciłam przytomność.

czwartek, 14 maja 2015

Prolog

Światło ogniska rozświetlało pochmurną noc. Herosi z całego obozu zebrali się jak co dzień, aby wspólnie spędzić czas. Jason i Piper siedzieli przy ognisku i śpiewali razem ze wszystkimi. Kalipso patrzyła z uśmiechem na Leona, który znów budował coś ze sprężynek. Nico na uboczu rozmawiał z Willem przez iryfon. Syn Apollina był aktualnie na misji. Nie było tutaj Franka ani Hazel. Po pokonaniu Gai wrócili do obozu Jupiter. To było już dwa lata temu. Od tego czasu nasi herosi wyrośli i stali się bardziej odpowiedzialni. W tym okresie nie było żadnych misji, które zagrażałyby światu. Herosi żyli w spokoju. Brakowało im tylko Percy’ego i Annabeth. Niecały miesiąc temu przenieśli się do Nowego Rzymu, aby móc żyć w spokoju. W obozie panował taki spokój, o jakim nie śnili od długiego czasu. Ta chwila jednak nie miała trwać długo.
Wśród tłumu półbogów stała Rachel. Od niedawna znów przekazywała przepowiednie. Cieszyła się, że może zostać w obozie. Nagle cała zesztywniała, a jej oczy zapłonęły zielonym blaskiem. Gdy przemówiła, jej głos brzmiał potrójnie:

Pięcioro herosów na misję wyruszy,
Gdy przemoc i siła śmiertelników serca poruszy.
Okrutne rodzeństwo nad światem zawładnie,
     Gdy zły wybór jednego z was dopadnie.